Jaime
Są różni ludzie. Jedni zdają się w swoim życiu na los, inni wolą czuć, że mają wszystko pod kontrolą. Jaime zdecydowanie należał do tej drugiej grupy. Zawsze czuł, że jest panem swojego życia, że wszystko mu wolno, że nie musi się liczyć z konsekwencjami, że ojciec wszystko załatwi słowami, lub on mieczem. Jakże był zdziwiony gdy jakiś czas temu ojciec uczynił coś o co nigdy by go nie posądził. Pozwolił ukarać swojego syna.
Ludzie domagali się kary za napadnięcie Lorda Eddara Starka przez białe płaszcze, północni lordowie burzyli się podobnie jak król Robert, który do tej pory przymykał oczy na wszystko. Mąż siostry Jaima zaczynał chyba podejrzewać co się dzieje. Zaczynał zauważyć, że on udaje jedynie króla, a królestwem tak naprawdę rządzi rodzinna Lannisterów. Wtedy Tywin postanowił pozwolić Robertowi urządzić proces w którym jego syn zostanie skazany, jednak dogadali się, że jedyną karą jaka dotknie Lannistera będzie wydalenie z Gwardii Królewskiej. Tak też się stało. Ludzie się nieco uspokoili, choć i tak uważali tą karę za niesprawiedliwą, północni lordowie przestali się tak oburzać, jednak pierworodny Tywina nie był zadowolony. Zaraz po wyroku udał się do ojca. Właśnie wtedy powiedział mu te słowa, które tak siedziały mu w głowie.
"Przyszłość naszej rodziny zależy od następnych kilku miesięcy".
I tyle. To było całe jego wyjaśnienie.
Lew dopiero teraz w pełni zrozumiał sens tych słów. Ojciec czekał tylko na pretekst żeby wydziedziczyć Tyriona, którego nigdy nie traktował jak swojego syna, a Cersei była kobietą, na dodatek królową. Chodziło o ciągłość rodu. Jako jego najstarszy i po ewentualnym wydziedziczeniu Tyriona jedyny syn jest jego spadkobiercą i następcą. Nie dało się odejść z białych płaszczy, więc ojciec załatwił żeby go wyrzucono stamtąd, by mógł się ożenić i mieć syna, który natomiast będzie jego dziedzicem. Wszystko żeby zachować ciągłość i pozycję rodu. Z jednej strony był wściekły na ojca, że wszystko wymyślał za jego plecami, ale z drugiej strony był pod wrażeniem misterności planu i wpasowania go w sytuację polityczną.
Jednak niemal cały ten misterny plan legł w gruzach gdy ten dzieciak, notabene syn Jaimego, kazał ściąć Eddara Starka. Cersei zupełnie nie panowała nad Joffreyem, za bardzo go kochała i ta jej miłość była przyczyną tego, że rozpętała się wojna. Nie mógł zostać w Królewskiej Przystani, bo rozpoczęła się wojna i musiał jako dziedzic Casterly Rock bronić swojego rodu i przy okazji korony.
Na dodatek gdy dotarł do swoich oddziałów, w miejsce w którym rozstawili obóz okazało się, że temu dzieciakowi Starków nieźle idzie. Nazywali go Królem Północy. Poparli go wszyscy północni lordowie i jak na razie wygrywał wszystkie bitwy, ale Jaime był pewny, że to się niedługo zmieni. Od ponad tygodnia przetrzymywali niejakiego Harriona Karstarka, który podając się za najemnika wmieszał się w szeregi wojsk lwów i przekazywał cenne informacje o ich planach Starkowi. Miał nadzieję, że po tygodniu spędzonym w ich prowizorycznym więzieniu zmiękł i zaraz po powrocie będzie mógł z nim porozmawiać.
Co wieczór wsiadał na konia i sam osobiście patrolował okolicę. To był taki jego mały rytuał. Wsiadał na konia o zachodzie słońca i wracał gdy już się ściemniło. To mu pomagało przeżyć cały kolejny dzień. Podczas tych przejażdżek czuł się niezależny. Nie musiał się o nic prosić ojca, nie musiał się nikomu tłumaczyć. Robił to już wcześniej, w Królewskiej Przystani i robił to także i tu. Nie wyobrażał sobie co by było jakby nagle nie mógł tego robić, nie mógł oglądać jak kolejny fatalny dzień się kończy. Właśnie te przejażdżki, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, dawały mu nadzieję, że kolejny dzień będzie lepszy i dawały mu siłę by go przeżyć, a szczególnie żeby przeżyć noc, bo noce były najgorsze. Nie sypiał prawie wcale dręczony ciągłymi koszmarami. Śniły mu się głównie surrealne obrazy śmierci zarówno swoich bliskich, jak i ludzi, których znał tylko z widzenia. Nigdy się nie spełniały, jednak były tak realistyczne, że Jaime często budził się zlany potem.
- Ser Jaime! - zawołał giermek mężczyzny na jego widok. - Już Pan wrócił.
- Nic ci nie umknie, Palyosie - mruknął z wyczuwalnym sarkazmem mężczyzna zeskakując z konia.
Młody chłopak zmieszał się nieco. Wyglądało na to, że chce przeprosić, ale Lannister nie miał czasu na takie głupoty.
- Odprowadź konia do stajni - polecił po czym udał się tam gdzie polecił przetrzymywać najstarszego syna Karstarków.
Gdy przechodził przez obóz rozmowy ucichały, nawet kurwy przestawały się odzywać, a wszystkie oczy kierowały się w jego stronę. Wiedział, że wszyscy rycerze czują przed nim respekt. Wiedział co ludzie o nim mówią. Wiedział, że najlepiej w całym królestwie włada mieczem, że jest nad wyraz przystojny i, że jest uznawany za jednego z najniebezpieczniejszych ludzi w całym Westeros. On to wszystko wiedział i wiedział też, że dlatego ludzie tak reagują na jego widok. Więc dlaczego miałoby go to peszyć? Nie zaszczycił nikogo dłuższym spojrzeniem, już na pierwszy rzut oka widział, że żadna z obecnych w obozie kobiet nie jest dla niego wystarczająco dobra, żeby choć na nią przychylnie spojrzeć, a żaden z mężczyzn wystarczająco mężny i wsławiony, żeby rozpocząć jakąkolwiek rozmowę. Ot, zwykli najemnicy i rycerze, którzy pierwszy raz widzą wojnę.
Lew szybko dotarł do najodleglejszego końca obozowiska gdzie w przypominającej klatkę celi, skuty w kajdany, wśród błota, gówna i smrodu siedział Lord Karstark.
- Witaj, mój lordzie... - zwrócił się do więźnia Jaime z kpiącym, pełnym satysfakcji uśmiechem. - Lordzie... Nich sobie przypomnę... - udawał zamyślenie. - Gówna i błota? Żebraków?
- Drwij sobie ile chcesz, Królobójco - warknął nie tracąc spokoju Karstark. - Odbiję sobie, kiedy zobaczę twoją głowę nabitą na pal! - dodał bardziej buntowniczo, spluwając w jego stronę.
- Nie liczyłbym na to. - wyglądało na to, że złość Harriona sprawia mu niesamowitą radość i satysfakcję. - Wiem, że chcesz wierzyć, że jeszcze cię uratują, ale nie byłbym tego taki pewien.
- Nawet jeśli tu umrę, zastanę pomszczony. My nigdy nie zapominamy - zacytował z dumą dewizę swojego rodu. Oficjalna co prawda brzmiała "Słońce północy", jednak "My nigdy nie zapominamy" była bardziej powszechna.
Jaime słysząc jego słowa roześmiał się tylko.
- Jesteś doprawdy zabawny w swojej niewiedzy. Niestety muszę cię zmartwić. Nie ma cię kto pomścić. Jak pamiętasz gdy was odkryliśmy twojego brata, Eddara zabiłem od razu dla przykładu, a Torrhen zginął podczas próby ucieczki. Jeśli chodzi natomiast o twojego ojca, to twój Król Północy ściął go nie tak dawno - oznajmił. - Też mam swoje wtyki u Starka.
- Łżesz - syknął Harrion.
- A co jeśli nie? Co jeśli zostałeś sam, a tego dzieciaka, którego nazywasz Królem nie obchodzi ani twój los, ani los twojej rodziny.
- Nawet jeśli mówisz prawdę to mam jeszcze siostrę.
- Drżę z przerażenia - Jaime zakrył usta dłońmi udając spanikowaną panienkę. - Naprawdę łudzisz się, że najlepszego rycerza w Westeros pokona mała dziewczynka?
- Uwierz mi Królobójco, że ma coś czego ty nie masz. Ma odwagę, poświęcenie i determinację, a także nienawiść nienawiść w sercu, która jest skierowana tylko i wyłącznie do ciebie, a jak sam wiesz taka nienawiść działa cuda.
- Działa cuda, ale u wyszkolonego rycerza, a nie u dziecka - stwierdził wywracając oczami. - W każdym bądź razie masz dwie opcje, albo zostać tu w tym smrodzie i czekać jak uratuje cię mała dziewczynka, albo powiedzieć mi co wiesz i stać się naszym sprzymierzeńcem.
Karstark w odpowiedzi tylko znów splunął w stronę Lwa.
- Jak chcesz - Królobójca wzruszył ramionami. - Ale posprzątaj tu trochę. Będziesz miał dziś gościa. Myślę, że się zaprzyjaźnisz z Uriaszem - dodał z triumfalnym uśmieszkiem po czym udał się do namiotu dowódcy. Tam już czekali na niego chorążowie siedząc przy długim stole i jego giermek, który jak zwykle nie wiedział co ma robić. Był to jedyny syn dalekiej kuzynki jego ojca, Margot. Wyglądał jak każdy Peake. Wysoki, chudy, piegowaty, o dość rzadkich włosach w kolorze starego złota i wyłupiastych oczach. Własnie głównie z powodu tych oczu wiecznie wyglądał na zaskoczonego.
- Palyosie, poproś Uriasza żeby dziś zawitał do naszego Lorda Karstarka. Tylko żeby mi go nie zabił. Jest mi jeszcze potrzeby - wydał rozkaz po czym witając się z siedzącymi naokoło mężczyznami usiadł na swoim miejscu u szczytu stołu.
Urijasz był ich katem, ale także zajmował się od czasu do czasu torturowaniem więźniów. Ludzie mówili, że był w tym świetny, ale Królobójca nie miał go jeszcze okazji osobiściw widzieć w akcji. Miał nadzieję, że jak najszybciej się to zmieni, jednak teraz czekało go parę żmudnych godzin tłumaczenia tym ciemnotom swoich planów.
Od autorki: Wiem, że jest krótki, ale bardzo istotny dla późniejszej akcji.
Ludzie domagali się kary za napadnięcie Lorda Eddara Starka przez białe płaszcze, północni lordowie burzyli się podobnie jak król Robert, który do tej pory przymykał oczy na wszystko. Mąż siostry Jaima zaczynał chyba podejrzewać co się dzieje. Zaczynał zauważyć, że on udaje jedynie króla, a królestwem tak naprawdę rządzi rodzinna Lannisterów. Wtedy Tywin postanowił pozwolić Robertowi urządzić proces w którym jego syn zostanie skazany, jednak dogadali się, że jedyną karą jaka dotknie Lannistera będzie wydalenie z Gwardii Królewskiej. Tak też się stało. Ludzie się nieco uspokoili, choć i tak uważali tą karę za niesprawiedliwą, północni lordowie przestali się tak oburzać, jednak pierworodny Tywina nie był zadowolony. Zaraz po wyroku udał się do ojca. Właśnie wtedy powiedział mu te słowa, które tak siedziały mu w głowie.
"Przyszłość naszej rodziny zależy od następnych kilku miesięcy".
I tyle. To było całe jego wyjaśnienie.
Lew dopiero teraz w pełni zrozumiał sens tych słów. Ojciec czekał tylko na pretekst żeby wydziedziczyć Tyriona, którego nigdy nie traktował jak swojego syna, a Cersei była kobietą, na dodatek królową. Chodziło o ciągłość rodu. Jako jego najstarszy i po ewentualnym wydziedziczeniu Tyriona jedyny syn jest jego spadkobiercą i następcą. Nie dało się odejść z białych płaszczy, więc ojciec załatwił żeby go wyrzucono stamtąd, by mógł się ożenić i mieć syna, który natomiast będzie jego dziedzicem. Wszystko żeby zachować ciągłość i pozycję rodu. Z jednej strony był wściekły na ojca, że wszystko wymyślał za jego plecami, ale z drugiej strony był pod wrażeniem misterności planu i wpasowania go w sytuację polityczną.
Jednak niemal cały ten misterny plan legł w gruzach gdy ten dzieciak, notabene syn Jaimego, kazał ściąć Eddara Starka. Cersei zupełnie nie panowała nad Joffreyem, za bardzo go kochała i ta jej miłość była przyczyną tego, że rozpętała się wojna. Nie mógł zostać w Królewskiej Przystani, bo rozpoczęła się wojna i musiał jako dziedzic Casterly Rock bronić swojego rodu i przy okazji korony.
Na dodatek gdy dotarł do swoich oddziałów, w miejsce w którym rozstawili obóz okazało się, że temu dzieciakowi Starków nieźle idzie. Nazywali go Królem Północy. Poparli go wszyscy północni lordowie i jak na razie wygrywał wszystkie bitwy, ale Jaime był pewny, że to się niedługo zmieni. Od ponad tygodnia przetrzymywali niejakiego Harriona Karstarka, który podając się za najemnika wmieszał się w szeregi wojsk lwów i przekazywał cenne informacje o ich planach Starkowi. Miał nadzieję, że po tygodniu spędzonym w ich prowizorycznym więzieniu zmiękł i zaraz po powrocie będzie mógł z nim porozmawiać.
Co wieczór wsiadał na konia i sam osobiście patrolował okolicę. To był taki jego mały rytuał. Wsiadał na konia o zachodzie słońca i wracał gdy już się ściemniło. To mu pomagało przeżyć cały kolejny dzień. Podczas tych przejażdżek czuł się niezależny. Nie musiał się o nic prosić ojca, nie musiał się nikomu tłumaczyć. Robił to już wcześniej, w Królewskiej Przystani i robił to także i tu. Nie wyobrażał sobie co by było jakby nagle nie mógł tego robić, nie mógł oglądać jak kolejny fatalny dzień się kończy. Właśnie te przejażdżki, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, dawały mu nadzieję, że kolejny dzień będzie lepszy i dawały mu siłę by go przeżyć, a szczególnie żeby przeżyć noc, bo noce były najgorsze. Nie sypiał prawie wcale dręczony ciągłymi koszmarami. Śniły mu się głównie surrealne obrazy śmierci zarówno swoich bliskich, jak i ludzi, których znał tylko z widzenia. Nigdy się nie spełniały, jednak były tak realistyczne, że Jaime często budził się zlany potem.
- Ser Jaime! - zawołał giermek mężczyzny na jego widok. - Już Pan wrócił.
- Nic ci nie umknie, Palyosie - mruknął z wyczuwalnym sarkazmem mężczyzna zeskakując z konia.
Młody chłopak zmieszał się nieco. Wyglądało na to, że chce przeprosić, ale Lannister nie miał czasu na takie głupoty.
- Odprowadź konia do stajni - polecił po czym udał się tam gdzie polecił przetrzymywać najstarszego syna Karstarków.
Gdy przechodził przez obóz rozmowy ucichały, nawet kurwy przestawały się odzywać, a wszystkie oczy kierowały się w jego stronę. Wiedział, że wszyscy rycerze czują przed nim respekt. Wiedział co ludzie o nim mówią. Wiedział, że najlepiej w całym królestwie włada mieczem, że jest nad wyraz przystojny i, że jest uznawany za jednego z najniebezpieczniejszych ludzi w całym Westeros. On to wszystko wiedział i wiedział też, że dlatego ludzie tak reagują na jego widok. Więc dlaczego miałoby go to peszyć? Nie zaszczycił nikogo dłuższym spojrzeniem, już na pierwszy rzut oka widział, że żadna z obecnych w obozie kobiet nie jest dla niego wystarczająco dobra, żeby choć na nią przychylnie spojrzeć, a żaden z mężczyzn wystarczająco mężny i wsławiony, żeby rozpocząć jakąkolwiek rozmowę. Ot, zwykli najemnicy i rycerze, którzy pierwszy raz widzą wojnę.
Lew szybko dotarł do najodleglejszego końca obozowiska gdzie w przypominającej klatkę celi, skuty w kajdany, wśród błota, gówna i smrodu siedział Lord Karstark.
- Witaj, mój lordzie... - zwrócił się do więźnia Jaime z kpiącym, pełnym satysfakcji uśmiechem. - Lordzie... Nich sobie przypomnę... - udawał zamyślenie. - Gówna i błota? Żebraków?
- Drwij sobie ile chcesz, Królobójco - warknął nie tracąc spokoju Karstark. - Odbiję sobie, kiedy zobaczę twoją głowę nabitą na pal! - dodał bardziej buntowniczo, spluwając w jego stronę.
- Nie liczyłbym na to. - wyglądało na to, że złość Harriona sprawia mu niesamowitą radość i satysfakcję. - Wiem, że chcesz wierzyć, że jeszcze cię uratują, ale nie byłbym tego taki pewien.
- Nawet jeśli tu umrę, zastanę pomszczony. My nigdy nie zapominamy - zacytował z dumą dewizę swojego rodu. Oficjalna co prawda brzmiała "Słońce północy", jednak "My nigdy nie zapominamy" była bardziej powszechna.
Jaime słysząc jego słowa roześmiał się tylko.
- Jesteś doprawdy zabawny w swojej niewiedzy. Niestety muszę cię zmartwić. Nie ma cię kto pomścić. Jak pamiętasz gdy was odkryliśmy twojego brata, Eddara zabiłem od razu dla przykładu, a Torrhen zginął podczas próby ucieczki. Jeśli chodzi natomiast o twojego ojca, to twój Król Północy ściął go nie tak dawno - oznajmił. - Też mam swoje wtyki u Starka.
- Łżesz - syknął Harrion.
- A co jeśli nie? Co jeśli zostałeś sam, a tego dzieciaka, którego nazywasz Królem nie obchodzi ani twój los, ani los twojej rodziny.
- Nawet jeśli mówisz prawdę to mam jeszcze siostrę.
- Drżę z przerażenia - Jaime zakrył usta dłońmi udając spanikowaną panienkę. - Naprawdę łudzisz się, że najlepszego rycerza w Westeros pokona mała dziewczynka?
- Uwierz mi Królobójco, że ma coś czego ty nie masz. Ma odwagę, poświęcenie i determinację, a także nienawiść nienawiść w sercu, która jest skierowana tylko i wyłącznie do ciebie, a jak sam wiesz taka nienawiść działa cuda.
- Działa cuda, ale u wyszkolonego rycerza, a nie u dziecka - stwierdził wywracając oczami. - W każdym bądź razie masz dwie opcje, albo zostać tu w tym smrodzie i czekać jak uratuje cię mała dziewczynka, albo powiedzieć mi co wiesz i stać się naszym sprzymierzeńcem.
Karstark w odpowiedzi tylko znów splunął w stronę Lwa.
- Jak chcesz - Królobójca wzruszył ramionami. - Ale posprzątaj tu trochę. Będziesz miał dziś gościa. Myślę, że się zaprzyjaźnisz z Uriaszem - dodał z triumfalnym uśmieszkiem po czym udał się do namiotu dowódcy. Tam już czekali na niego chorążowie siedząc przy długim stole i jego giermek, który jak zwykle nie wiedział co ma robić. Był to jedyny syn dalekiej kuzynki jego ojca, Margot. Wyglądał jak każdy Peake. Wysoki, chudy, piegowaty, o dość rzadkich włosach w kolorze starego złota i wyłupiastych oczach. Własnie głównie z powodu tych oczu wiecznie wyglądał na zaskoczonego.
- Palyosie, poproś Uriasza żeby dziś zawitał do naszego Lorda Karstarka. Tylko żeby mi go nie zabił. Jest mi jeszcze potrzeby - wydał rozkaz po czym witając się z siedzącymi naokoło mężczyznami usiadł na swoim miejscu u szczytu stołu.
Urijasz był ich katem, ale także zajmował się od czasu do czasu torturowaniem więźniów. Ludzie mówili, że był w tym świetny, ale Królobójca nie miał go jeszcze okazji osobiściw widzieć w akcji. Miał nadzieję, że jak najszybciej się to zmieni, jednak teraz czekało go parę żmudnych godzin tłumaczenia tym ciemnotom swoich planów.
Od autorki: Wiem, że jest krótki, ale bardzo istotny dla późniejszej akcji.