piątek, 31 października 2014

Rozdział II


Jaime


Są różni ludzie. Jedni zdają się w swoim życiu na los, inni wolą czuć, że mają wszystko pod kontrolą. Jaime zdecydowanie należał do tej drugiej grupy. Zawsze czuł, że jest panem swojego życia, że wszystko mu wolno, że nie musi się liczyć z konsekwencjami, że ojciec wszystko załatwi słowami, lub on mieczem. Jakże był zdziwiony gdy jakiś czas temu ojciec uczynił coś o co nigdy by go nie posądził. Pozwolił ukarać swojego syna.
Ludzie domagali się kary za napadnięcie Lorda Eddara Starka przez białe płaszcze, północni lordowie burzyli się podobnie jak król Robert, który do tej pory przymykał oczy na wszystko. Mąż siostry Jaima zaczynał chyba podejrzewać co się dzieje. Zaczynał zauważyć, że on udaje jedynie króla, a królestwem tak naprawdę rządzi rodzinna Lannisterów. Wtedy Tywin postanowił pozwolić Robertowi urządzić proces w którym jego syn zostanie skazany, jednak dogadali się, że jedyną karą jaka dotknie Lannistera będzie wydalenie z Gwardii Królewskiej. Tak też się stało. Ludzie się nieco uspokoili, choć i tak uważali tą karę za niesprawiedliwą, północni lordowie przestali się tak oburzać, jednak pierworodny Tywina nie był zadowolony. Zaraz po wyroku udał się do ojca. Właśnie wtedy powiedział mu te słowa, które tak siedziały mu w głowie.
"Przyszłość naszej rodziny zależy od następnych kilku miesięcy".
I tyle. To było całe jego wyjaśnienie.
Lew dopiero teraz w pełni zrozumiał sens tych słów. Ojciec czekał tylko na pretekst żeby wydziedziczyć Tyriona, którego nigdy nie traktował jak swojego syna, a Cersei była kobietą, na dodatek królową. Chodziło o ciągłość rodu. Jako jego najstarszy i po ewentualnym wydziedziczeniu Tyriona jedyny syn jest jego spadkobiercą i następcą. Nie dało się odejść z białych płaszczy, więc ojciec załatwił żeby go wyrzucono stamtąd, by mógł się ożenić i mieć syna, który natomiast będzie jego dziedzicem. Wszystko żeby zachować ciągłość i pozycję rodu. Z jednej strony był wściekły na ojca, że wszystko wymyślał za jego plecami, ale z drugiej strony był pod wrażeniem misterności planu i wpasowania go w sytuację polityczną.
Jednak niemal cały ten misterny plan legł w gruzach gdy ten dzieciak, notabene syn Jaimego, kazał ściąć Eddara Starka. Cersei zupełnie nie panowała nad Joffreyem, za bardzo go kochała i ta jej miłość była przyczyną tego, że rozpętała się wojna. Nie mógł zostać w Królewskiej Przystani, bo rozpoczęła się wojna i musiał jako dziedzic Casterly Rock bronić swojego rodu i przy okazji korony.
Na dodatek gdy dotarł do swoich oddziałów, w miejsce w którym rozstawili obóz okazało się, że temu dzieciakowi Starków nieźle idzie. Nazywali go Królem Północy. Poparli go wszyscy północni lordowie i jak na razie wygrywał wszystkie bitwy, ale Jaime był pewny, że to się niedługo zmieni. Od ponad tygodnia przetrzymywali niejakiego Harriona Karstarka, który podając się za najemnika wmieszał się w szeregi wojsk lwów i przekazywał cenne informacje o ich planach Starkowi. Miał nadzieję, że po tygodniu spędzonym w ich prowizorycznym więzieniu zmiękł i zaraz po powrocie będzie mógł z nim porozmawiać.
Co wieczór wsiadał na konia i sam osobiście patrolował okolicę. To był taki jego mały rytuał. Wsiadał na konia o zachodzie słońca i wracał gdy już się ściemniło. To mu pomagało przeżyć cały kolejny dzień. Podczas tych przejażdżek czuł się niezależny. Nie musiał się o nic prosić ojca, nie musiał się nikomu tłumaczyć. Robił to już wcześniej, w Królewskiej Przystani i robił to także i tu. Nie wyobrażał sobie co by było jakby nagle nie mógł tego robić, nie mógł oglądać jak kolejny fatalny dzień się kończy. Właśnie te przejażdżki, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, dawały mu nadzieję, że kolejny dzień będzie lepszy i dawały mu siłę by go przeżyć, a szczególnie żeby przeżyć noc, bo noce były najgorsze. Nie sypiał prawie wcale dręczony ciągłymi koszmarami. Śniły mu się głównie surrealne obrazy śmierci zarówno swoich bliskich, jak i ludzi, których znał tylko z widzenia. Nigdy się nie spełniały, jednak były tak realistyczne, że Jaime często budził się zlany potem.
- Ser Jaime! - zawołał giermek mężczyzny na jego widok. - Już Pan wrócił.
- Nic ci nie umknie, Palyosie - mruknął z wyczuwalnym sarkazmem mężczyzna zeskakując z konia.
Młody chłopak zmieszał się nieco. Wyglądało na to, że chce przeprosić, ale Lannister nie miał czasu na takie głupoty.
- Odprowadź konia do stajni - polecił po czym udał się tam gdzie polecił przetrzymywać najstarszego syna Karstarków.
Gdy przechodził przez obóz rozmowy ucichały, nawet kurwy przestawały się odzywać, a wszystkie oczy kierowały się w jego stronę. Wiedział, że wszyscy rycerze czują przed nim respekt. Wiedział co ludzie o nim mówią. Wiedział, że najlepiej w całym królestwie włada mieczem, że jest nad wyraz przystojny i, że jest uznawany za jednego z najniebezpieczniejszych ludzi w całym Westeros. On to wszystko wiedział i wiedział też, że dlatego ludzie tak reagują na jego widok. Więc dlaczego miałoby go to peszyć? Nie zaszczycił nikogo dłuższym spojrzeniem, już na pierwszy rzut oka widział, że żadna z obecnych w obozie kobiet nie jest dla niego wystarczająco dobra, żeby choć na nią przychylnie spojrzeć, a żaden z mężczyzn wystarczająco mężny i wsławiony, żeby rozpocząć jakąkolwiek rozmowę. Ot, zwykli najemnicy i rycerze, którzy pierwszy raz widzą wojnę.
Lew szybko dotarł do najodleglejszego końca obozowiska gdzie w przypominającej klatkę celi, skuty w kajdany, wśród błota, gówna i smrodu siedział Lord Karstark.
- Witaj, mój lordzie... - zwrócił się do więźnia Jaime z kpiącym, pełnym satysfakcji uśmiechem. - Lordzie... Nich sobie przypomnę... - udawał zamyślenie. - Gówna i błota? Żebraków?
- Drwij sobie ile chcesz, Królobójco - warknął nie tracąc spokoju Karstark. - Odbiję sobie, kiedy zobaczę twoją głowę nabitą na pal! - dodał bardziej buntowniczo, spluwając w jego stronę.
- Nie liczyłbym na to. - wyglądało na to, że złość Harriona sprawia mu niesamowitą radość i satysfakcję. - Wiem, że chcesz wierzyć, że jeszcze cię uratują, ale nie byłbym tego taki pewien.
- Nawet jeśli tu umrę, zastanę pomszczony. My nigdy nie zapominamy - zacytował z dumą dewizę swojego rodu. Oficjalna co prawda brzmiała "Słońce północy", jednak "My nigdy nie zapominamy" była bardziej powszechna.
Jaime słysząc jego słowa roześmiał się tylko.
- Jesteś doprawdy zabawny w swojej niewiedzy. Niestety muszę cię zmartwić. Nie ma cię kto pomścić. Jak pamiętasz gdy was odkryliśmy twojego brata, Eddara zabiłem od razu dla przykładu, a Torrhen zginął podczas próby ucieczki. Jeśli chodzi natomiast o twojego ojca, to twój Król Północy ściął go nie tak dawno - oznajmił. - Też mam swoje wtyki u Starka.
- Łżesz - syknął Harrion.
- A co jeśli nie? Co jeśli zostałeś sam, a tego dzieciaka, którego nazywasz Królem nie obchodzi ani twój los, ani los twojej rodziny.
- Nawet jeśli mówisz prawdę to mam jeszcze siostrę.
- Drżę z przerażenia - Jaime zakrył usta dłońmi udając spanikowaną panienkę. - Naprawdę łudzisz się, że najlepszego rycerza w Westeros pokona mała dziewczynka?
- Uwierz mi Królobójco, że ma coś czego ty nie masz. Ma odwagę, poświęcenie i determinację, a także nienawiść nienawiść w sercu, która jest skierowana tylko i wyłącznie do ciebie, a jak sam wiesz  taka nienawiść działa cuda.
- Działa cuda, ale u wyszkolonego rycerza, a nie u dziecka - stwierdził wywracając oczami. - W każdym bądź razie masz dwie opcje, albo zostać tu w tym smrodzie i czekać jak uratuje cię mała dziewczynka, albo powiedzieć mi co wiesz i stać się naszym sprzymierzeńcem.
Karstark w odpowiedzi tylko znów splunął w stronę Lwa.
- Jak chcesz - Królobójca wzruszył ramionami. - Ale posprzątaj tu trochę. Będziesz miał dziś gościa. Myślę, że się zaprzyjaźnisz z Uriaszem - dodał z triumfalnym uśmieszkiem po czym udał się do namiotu dowódcy. Tam już czekali na niego chorążowie siedząc przy długim stole i jego giermek, który jak zwykle nie wiedział co ma robić. Był to jedyny syn dalekiej kuzynki jego ojca, Margot. Wyglądał jak każdy Peake. Wysoki, chudy, piegowaty, o dość rzadkich włosach w kolorze starego złota i wyłupiastych oczach. Własnie głównie z powodu tych oczu wiecznie wyglądał na zaskoczonego.
- Palyosie, poproś Uriasza żeby dziś zawitał do naszego Lorda Karstarka. Tylko żeby mi go nie zabił. Jest mi jeszcze potrzeby - wydał rozkaz po czym witając się z siedzącymi naokoło mężczyznami usiadł na swoim miejscu u szczytu stołu.
Urijasz był ich katem, ale także zajmował się od czasu do czasu torturowaniem więźniów. Ludzie mówili, że był w tym świetny, ale Królobójca nie miał go jeszcze okazji osobiściw widzieć w akcji. Miał nadzieję, że jak najszybciej się to zmieni, jednak teraz czekało go parę żmudnych godzin tłumaczenia tym ciemnotom swoich planów.



Od autorki: Wiem, że jest krótki, ale bardzo istotny dla późniejszej akcji.


poniedziałek, 20 października 2014

Rozdział I


Alys


Winterfell. Zapach świeżego, rześkiego powietrza pomieszanego z zapachem dzika w jabłkach rumieniącego się na złotawy, miodowy kolor, wydobywającym się z kuchni na dziedziniec. Stali tam w pełnym południowym słońcu wszyscy; Lady Catelyn, Lord Eddar, ich dzieci: Sansa, Arya, Robb, Brandon i mały Rickon, a także bękart Lorda Starka, Jon Snow, Alys i Eddar Karstarkowie oraz Theon Greyjoy.
Najmłodsze dzieci Karstarków były tu czasowo na wychowaniu. Alys miała osiem lat, a Eddar dziesięć.
Byli jeszcze za mali żeby oglądać cierpienia matki, która zapadła na ciężką chorobę, więc Eddar Stark, który darzył sympatią Lorda Karstarka zaproponował, by dzieci na czas choroby ich matki pomieszkały u nich.
W innej natomiast sytuacji był Theon, który był tu kimś na kształt zakładnika, jednak wyglądało na to, że wcale się nie czuje więziony tutaj. Bawił się ze Starkami i Karstarkami jakby byli rodziną. Alys nie przepadała za nim. Wciąż ją zaczepiał i był taki... inny. W sumie nie lubiła go głównie dlatego że mu zazdrościła. Nie musiał się niczym przejmować. Nawet jak zrobił coś źle to i tak zwalano to na to że nie jest stąd. Z resztą miał prawo mieszkać u Starków jak długo zechce, ale tego akurat mu nie zazdrościła. Przecież ona też będzie tu mieszkać. Robb był najstarszym synem Starków, więc to on zostanie panem Winterfell, a skoro Alys miała zostać jego żoną to ona także tu wróci i zostanie na zawsze.
Poza rodziną Starków, dzieciakami Karstarków i Theonem na dziedzińcu stali niemal wszyscy rycerze zaprzysiężeni temu rodowi. Stali na baczność ubrani w zbroje odbijające światło słoneczne niczym śnieg leżący wszędzie naokoło.
Ciekawska Alys przyglądała się dokładnie twarzy każdego z nich, jakby chcąc je zapamiętać do końca życia. Wiedziała, że to ludzie którzy oddaliby swoje życie żeby ochronić dzieci Starków, a także teraz i ją, i jej brata.
Czuła się tu dobrze. Może Lord Winterfell nie był zbyt rozmownym człowiekiem, ale przynajmniej traktował swoją rodzinę z szacunkiem. Kochał wszystkie swoje dzieci tak samo. Bez względu na to czy to była córka, czy syn, żadnego z nich nie faworyzował i pozwalał im dokonywać własnych wyborów, uczyć się na błędach. Był całkowitym przeciwieństwem jej ojca, który nigdy nie traktował jej jak swoich synów, unikał jej, mówił żeby się zajęła swoimi sprawami, gdy do niego przychodziła. Lord Karholdu faworyzował również niektóre swoje dzieci. Szczególnie najstarszego syna, Harriona, w którym pokładał wielkie nadzieje.
Małej Lady Karstark podobało się niezwykle też to, że tu, w Winterfell może być kim zechce, że nie została od razu zaszufladkowana. Mogła być romantyczna, trzymać się zasad etykiety, być pokorna i marzyć o wielkiej miłości jak Sansa, bawić się z chłopakami, biegać, taplać się w błocie, być niepoukładana i niepokorna jak Arya, albo w ogóle być kimś całkiem innym. Jakby mogła zostałaby tu razem z Eddarem na zawsze. To on był tym z braci z którym miała najlepszy kontakt, z którym były najbardziej zżyta.
Poza tym Winterfell miało jeszcze jedną zaletę.
Dziewczyna automatycznie spojrzała na stojącego tuż obok Robba. Nawet tylko z jego powodu zostałaby w Wintefell na zawsze. Choć nigdy wcześniej, ani później nie myślała tak o żadnym mężczyźnie to wówczas czuła, że to właśnie Robb jest tym za którego chciałaby wyjść, któremu chciałaby urodzić dzieci. Czuła, że przy Robbie zaczyna zachowywać się jak Sansa, ale nie przeszkadzało jej to. Po prostu go kochała i nie było żadnego "ale". Chociaż nie... Było. Kochała go, ale nigdy by się do tego nie przyznała, mimo iż wiedziała że praktycznie na pewno po chorobie matki przyjedzie ojciec, zawrze ostateczną umowę i wtedy to będzie kwestia czasu kiedy wyjdzie za Robba. Alys potrafiła się dogadać z chłopakami, w końcu miała trzech braci i przyjaźniła się z jego przyrodnim bratem, Jonem, ale z Robbem było inaczej. Przy nim się denerwowała tak jak wtedy gdy przedstawiano ją komuś ważnemu. Trzęsły jej się dłonie, nie mogła wydobyć z siebie słowa, a gdy się odezwała plotła głupoty.
A ponieważ wiedziała, że tak reaguje bała się tym bardziej. Szczególnie teraz gdy stojąc na dziedzińcu czekali na niezwykłych gości.
Usłyszała tętent kopyt. Przełknęła głośno ślinę. Robb spojrzał na nią tymi swoimi błękitnymi oczami i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Słońce pięknie padało na niego czyniąc jego kasztanowe utrzymane w zwykłym nieładzie włosy bardziej rdzawe niż były w rzeczywistości. Karstarkówna odpowiedziała mu bladym uśmiechem.
Najpierw na dziedziniec wjechali rycerze z herbami Barathenów trzymanymi wysoko w górze, potem kilka tuzinów konnicy, następnie sam Król Robert. Przystojny z dumnym spojrzeniem utkwionym w dali, odziany w zbroję ze złotymi ornamentami w kształcie poroży jeleni. Jego długi płaszcz w kolorze żonkili powiewał dostojnie na wietrze. Alys była pod wielkim wrażeniem. Dokładnie tak wyobrażała sobie króla. Obok niego, również konno jechała królowa. Wyglądała dokładnie tak jak królowa powinna wyglądać. Dumna, zrównoważona i niezwykle piękna. Jej złociste loki trzepotały na wietrze niczym płaszcz króla. Ubrana była w najpiękniejszą na świecie karminową suknią ze złotymi zdobieniami, na plecy miała zarzucony złoty płaszcz z wyszytym czerwoną nitką, ryczącym lwem. Alys nie mogła oderwać od nich wzroku.
Gdy zatrzymali się na środku dziedzińca, a także jadąca za nimi służba, kilka wozów z nikt nie wie czym i jeszcze tuzin rycerzy król natychmiast zeskoczył z konia, podszedł z szerokim, szczerym uśmiechem do Lorda Eddara i wyściskał go serdecznie.
- Witaj, Catelyn. - król ucałował Lady Stark w dłoń. Po czym rozejrzał się naokoło, jakby chcąc sprawdzić co się tu zmieniło.
- Pięknie! Jak ostatnim razem cię widziałem miałeś tylko dwójkę - zawołał z uśmiechem król spoglądając na stojące obok państwa Starków dzieci. - A tu proszę! Aż osiem!
- Właściwie to sześć jest moich.... - zaczął Lord Winterfell, ale król zdawał się go już nie słyszeć. Teraz patrzył na Alys. W jego piwnych oczach widać było niedowierzanie. Młoda Karstarkówna nie wiedziała o co chodzi. Widziała króla pierwszy raz w życiu, on ją także. Oczy wszystkich zwróciły się na nią. Biedna dziewczynka nie rozumiała co się dzieje. Obejrzała się za siebie, ale za nią nic nie było. Mężczyzna podszedł bliżej nie odrywając od niej wzroku. Przykucnął przed nią, by dorównać jej wzrostem. Pachniał nietypowo. Było to połączenie świeżości kojarzącej się z górami i porankiem oraz ciężkiego zapachu wina. Alys czuła na sobie zdziwione spojrzenia Eda, dzieci Starków i Theona, a także zaciekawione spojrzenia wszystkich obecnych. Ludzie stawali na palcach, żeby zobaczyć co się dzieje.
- Jak się nazywasz, moje dziecko? - spytał ją. Jednak jego głos był inny. Nie było w nim ekspresji, nie był radosny, ale nie był też zarazem smutny. Był cichy i łagodny, jakby udawał, że nikogo tu nie ma poza nimi.
- Alys Karstark... - odparła ledwo słyszalnie. - M-mój panie - dodała pospiesznie i niezgrabie dygnęła. Król uśmiechnął się z rozczuleniem.
- Ned - zwrócił się do Lorda Eddara jakby ze wzruszeniem. - Ona wygląda zupełnie jak Lylana...

Młoda dziewczyna otworzyła szeroko oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Było ponure, jak wszystkie zresztą w Karholdzie. Nie było tu przesadnych zdobień i niepotrzebnych rzeczy. Ot zwykła ponura, prosta sypialnia, którą Alys widywała codziennie.
"Ona wygląda zupełnie jak Lyanna"
Te słowa brzęczały jej w uszach. Kolejny niezwykle realistyczny sen. Często takie miewała. Były głównie o przeszłości. Najczęściej jej. Były to wspomnienia różne... Miłe i niemiłe. Nie miała na to wpływu. Ale zawsze były niezwykle realistyczne. Czuła zapachy, smaki, widziała wszystkie szczegóły i dobrze pamiętała te sny po przebudzeniu.
Młoda Lady Karstark usiadła powoli na łóżku przecierając ospale oczy. Opuściła bose stopy na zimną posadzkę i podeszła do okna. Słońce właśnie wznosiło się nad ośnieżone pagórki. Najlepiej było widać to piękne zjawisko własnie z okien jej sypialni.
Zawsze budziła się o świcie. Bez względu na to o której położyła się spać zawsze budziła się o tej porze o której słońce.
Dziewczyna otworzyła okno na oścież. Jej ciało omiótł chłodny, rześki wiatr. Poczuła ten zapach. Zapach poranka. Rześki i niesamowity. Dokładnie tak samo pachniał każdy wielki wojownik. Zawsze gdy takiego spotykała wiedziała, że ten mężczyzna nie jest byle kim. Zamknęła oczy czując na twarzy ciepłe promienie słoneczne. Jej lekko różowe usta ułożyły się w mimowolny uśmiech. Poczuła ogarniające ją w środku ciepło. Tak zawsze się czuła gdy spotykała kobietę która jest cudowną matką. Poranek więc był czymś idealnym. Połączeniem odważnego, wprawionego w bitwach woja i cudownego, kochającego rodzica. Przynajmniej Alys tak na to patrzyła. Świt był dla niej najcudowniejszą porą dnia i nie wyobrażała sobie nawet co by przeżywała gdyby ktoś odebrał jej możliwość patrzenia na niego co dzień. To byłoby już za wiele. To właśnie poranek i jego urok sprawiał, że miała siłę przeżyć cały dzień.

Kilka lat temu gdy była jeszcze u Starków obudziwszy się znów o wschodzie słońca postanowiła wyjść na zewnątrz, ale nie chciała nikogo obudzić. Otworzyła więc okno i wyszła na dach. Usiadła na nim i rozejrzała się na około. Nie spodziewała się ujrzeć nikogo, jednak pomyliła się. Niedaleko, również na dachu siedział Robb. Łatwo go było odróżnić od Jona. Gdyż Snow miał włosy w kolorze hebanu, a te należące do Starka były kasztanowe, przy odpowiednim świetle niemal rude. Przyglądał jej się chwilę z zaciekawieniem i ostrożnie stąpając po dachu podszedł do niej.
- Co tu robisz tak wcześnie? - spytał ją wtedy siadając obok niej.
- Zawsze budzę się o tej porze i nie mogę już spać - odparła. Alys zadziwiła wówczas samą siebie. Nie denerwowała się wcale. Prawie jakby rozmawiała z innym Robbem.
- To tak jak ja - powiedział, a delikatny uśmiech zagościł mu na twarzy.
- Naprawdę? - zapytała z lekkim niedowierzaniem.
Chłopak skinął głową. Mała Lady Karstark uśmiechnęła się do niego promiennie.
- Nie wiedziałem, że umiesz się uśmiechać.
Uśmiech spełzł z twarzy dziewczyny tak szybko jak się pojawił, a ta spuściła wzrok zmieszana.
- Ja... Przepraszam. Nie o to mi chodziło - odezwał się pospiesznie Stark. Ujął jej podbródek dłonią i uniósł go delikatnie, tak żeby musiała mu spojrzeć w oczy. - Alys, ja nie chciałem cię urazić... Chodziło mi o to, że na co dzień zachowujesz się zupełnie inaczej. Nie uśmiechasz się, praktycznie z nikim nie rozmawiasz. Jesteś cały czas taka poważna...
- J-ja... - zająknęła się Karstarkówna. - Ja nie jestem taka, nie lubię taką być, ale muszę. Mój Pan ojciec mówi, że Karstarkowie nie bawią się, nie śmieją. Mówi, że mam być poważna, znać etykietę, przestrzegać ją i być posłuszna...
Łagodne, błękitne oczy Robba lustrowały ją.
- Ale tu nie jest Karhold. Tu jest Winterfell. Tu możesz być kimkolwiek zechcesz... - powiedział jej wtedy.

Łzy wypełniły jej oczy na wspomnienie o tych słowach i Robbie, i o wszystkich porankach, które razem spędzili na dachu. Miała dziesięć lat, gdy ją stamtąd zabrali. Pamiętała jak wtedy cierpiała, lecz przy ojcu nie mogła sobie pozwolić na łzy. Chciała krzyczeć i błagać, by pozwolili jej zostać, wyjść za Robba tak jak to było wcześniej ustalone, jednak wiedziała ze nic z tego. Jej ojciec i Lord Eddar pokłócili się o coś bardzo poważnie i plany na małżeństwo ich dzieci legły w gruzach. Jeszcze tego samego dnia, którego się pokłócili Lord Karstark zabrał swoje dzieci do Karholdu.
Choć od tego pamiętnego dnia minęło pięć lat Alys wciąż tęskniła za rodziną Starków, Winterfell, a przede wszystkim za swoim Robbem, którego mimo upływu lat kochała wciąż tak samo.
Młoda Lady Alys poczuła jak ciepłe, słone łzy płynął swobodnie po jej policzkach.
Usłyszała otwierające się drzwi. Pospiesznie otarła łzy.
- Panienko... - To była tylko Brigitte, jej służąca. - Znów przy otwartym oknie? Przeziębi się pani i co powie pan ojciec?
Brigitte jak zwykle przesadnie panikowała. Alys zsunęła się dziewczynie z drogi i pozwoliła jej zamknąć okno. Brigitte była od niej nie wiele starsza, jednak nie była ładna. Cała jej twarz i ręce były usiane piegami, jej uszy wyglądały jakby należały do elfa, podobnie nos, spiczasty, króciutki i zadarty do góry. Włosy miała rzadkie, w mysiobrązowym kolorze.
Spojrzenie jej migdałowych oczu przeniosło się na Karstarkównę. Przyglądała jej się chwilę badawczo.
- Znowu panienka płakała? - spytała niezwykle trafnie.
Zawsze tak było. Brigitte miała niezwykłą zdolność do odgadywania cudzych emocji. Ona zawsze widziała kiedy jest smutna, przygnębiona, zła, podekscytowana, choć przy każdej z tych emocji wyglądała raczej tak samo. Alys wiedziała, że byłaby świetną matką, jednak Brigitte nie mogła mieć dzieci. Mimo to jej własną zastępowała najlepiej na świecie. Wiedziała o tym i chyba na razie jej to wystarczało.
- Myślę, że dziś założę tą brązowo-złotą suknię.
- Przyszły jakieś wieści z wojny? - zaczęła zgadywać.
- I do tego kołnierz z lisiego futra.
- A więc chodzi o Króla Robba Starka.
- Chyba upniemy włosy w ten sposób - powiedziała siadając na krześle i układając swoje blond loki w bliżej nieokreśloną kulkę.
Brigitte podeszła do niej i przykucnęła spoglądając jej prosto w oczy.
- Chodzi o Króla Robba, prawda?
Alys poczuła jak jej oczy znów ją pieką od napływających do nich łez.
- Skąd wiedziałaś? - spytała cichym, łamiącym się głosem.
- Jest przecież poranek - powiedziała z promiennym, ciepłym uśmiechem. Dłonią otarła dziewczynie łzy z policzków. - Brązowo złota, mówisz... I to z futerkiem. Myślę, że będziesz wyglądać cudownie. Twojej rodzinie odejmie mowę, Pani.
Brigitte była niezastąpiona. Ona zawsze wiedziała czego jej trzeba. Tak jak teraz.
Służąca przyniosła jej śniadanie. Młoda Karstarkówna ubrała się w swój  zwykły strój do jazdy konnej; skórzane spodnie, białą, męską koszulę i dobrze dopasowany, skórzany płaszcz . Brigitte spięła jej włosy w misternego koka i tak przygotowana młoda lady udała się ze swoich komnat na dziedziniec.
- Lady Alyso... - skłonił jej się czekający na nią stajenny.
Sam przychodził do pracy tak wcześnie, by pomóc Alysie przygotować konia na poranną przejażdżkę. Karstarkówna go o to nigdy nie prosiła, jednak ceniła sobie jego towarzystwo i krótkie rozmowy, które odbywali szykując konia.
Większość służby uważała, że owy młodzieniec jest zakochany w szlachciance, jednak Alys nie wierzyła w to. Nigdy nie uważała się za piękną dziewczynę, a Cesar podobał się wszystkim dziewczynom w Karholdzie. Wiele z nich było od niej o wiele ładniejszych. Przecież  Cesar nie mógł liczyć na korzystne małżeństwo z Alys i pieniądze, bo jej ojciec nigdy by się na to nie zgodził. Więc po prostu  nie mógł być w niej zakochany, ani nawet próbować jej uwieść. To było bez sensu.
- Witaj, Cesarze. - Przywitała się z nim uprzejmie.
- Witaj, Pani. Huragan jest już osiodłany i przygotowany - powiedział niespodziewanie z nutą dumy w głosie.
- Już? - zdziwiła się dziewczyna.
- Tak, pani... Przyszedłem dziś wcześniej. Nie mogłem spać.
- A więc może chcesz się ze mną wybrać na przejażdżkę?
Chłopak wyglądał jakby nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.
- Żartujesz, Pani? - spytał zmieszany. - Znaczy... Ja... Nie o to mi chodziło. Byłbym zaszczycony, ale ja jestem tylko...
- Tylko weź szybkiego konia, bo nas ciężko dogonić. - Na twarzy Karstarkówny pojawił się delikatny uśmiech.
Weszła do stajni i wyprowadziła z niej najpiękniejszego konia jaki się tam znajdował. Młody ogier  miał czarną jak noc, aksamitną sierść, długą, również czarną grzywę i przepiękne hebanowe oczy. Alys była do Huragana niezwykle przywiązana. Jeździła na nim codziennie rano i nikomu innemu poza nią nie wolno było go dosiadać.
W tym czasie młody stajenny siodłał właśnie innego, nieco starszego i mniej narwanego konia o kasztanowej sierści. Cesar był faktycznie bardzo przystojnym mężczyzną. Był wysoki i dobrze zbudowany. Miał ciemne przydługie włosy i piwne oczy w których czaiła się jakaś dzikość. Prawdopodobnie właśnie to sprawiało, że dziewczęta tak do niego lgnęły mimo iż był raczej biedny. Matką chłopaka była jedna z kurew pracujących dawniej w okolicy. Wyszła ona za kowala, który przyjął ją wówczas z małym Cesarem. Plotki mówią, że podobno jest to bękart samego króla Roberta. To niby tylko plotki, ale niespełna osiemnastoletni stajenny niezwykle przypominał Karstarkównie Króla Roberta, gdy go zobaczyła po raz pierwszy.
Alys wskoczyła na konia i na rozgrzewkę objechała dwa razy dziedziniec dookoła. Gdy to już uczyniła podjechała znów pod stajnię.
- Gotowy? - zapytała spoglądając na Cesara.
- Jak nigdy - odparł z uśmiechem, po czym wskoczył na konia.
Ruszyli przed siebie. Alys sama nie wiedziała gdzie jedzie. Jechała tam gdzie chciał jej koń. Nie ograniczała go niczym. Jechała przed siebie, czuła wiatr we włosach. Czuła się wolna, choć tak naprawdę była więźniem własnego domu. Pospieszyła konia. Nie chciała teraz o tym myśleć.
- Nie tak szybko, Pani. Zrobisz sobie krzywdę - zawołał z rozbawieniem stajenny, któremu udało się ją wreszcie dogonić.
- A myślisz, że po co cię wzięłam ze sobą? Żebyś mnie ratował jak coś sobie zrobię - odparła z rozbawieniem.
Oboje się zaśmiali.
- Kto pierwszy przy tym drzewie? - zapytał chłopak.
Alys nie odpowiedziała tylko ściągnęła lejce i ścisnęła piętami konia żeby przyspieszył. Usłyszała szczery śmiech Cesara. Odwróciła się za siebie, ale chłopak zniknął. Zdziwiona automatycznie zwolniła zatrzymując się praktycznie. Jeszcze przed chwilą tu był. Odwróciła się na chwile przed siebie żeby w coś nie wjechać i zauważyła śmiejącego się Cesara już prawie pod wskazaną sosną. Musiał się ukryć za drzewami i jechać dalej podczas gdy ona zatrzymała się żeby sprawdzić co się z nim stało. W inny sposób by z nią za nic nie wygrał.
Próbowała go jeszcze dogonić, ale był pierwszy. Oboje zatrzymali konie i zsiedli z nich. Znajdowali się na naprawdę pięknej polance. Chłopak zdjął z siebie płaszcz i położył go na ziemi nieopodal strumienia. Oboje na nim usiedli.
- No niech ci będzie... Wygrałeś - stwierdziła Karstarkówna z udawaną złością. - Co chcesz za wygraną?
Cesar odwrócił się w jej stronę tak, że miał swoją twarz dokładnie naprzeciwko jej twarzy. Siedzieli na tyle blisko siebie, że ich nosy się niemal stykały. Chłopak patrzył jej się przez chwile w oczy, w milczeniu.
- Chciałbym... - powiedział wreszcie półszeptem wciąż nie spuszczając z niej spojrzenia piwnych, dzikich oczu. - Chciałabym się dowiedzieć co cię trapi, Pani - powiedział już normalnym tonem głosu odwracając się znowu w stronę strumienia, nagle urywając kontakt wzrokowy, jakby nagle wrócił na ziemię.
- Co mnie trapi? - zdziwiła się dziewczyna.
- Tak, Pani... Co prawda gdy jesteśmy tu, poza murami zamku wydajesz się inna, ale na co dzień wydajesz mi się nieszczęśliwa. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jesteś, Pani, chyba najnieszczęśliwszą kobietą jaką dane mi było poznać - powiedział spoglądając na nią kątem oka.
Alys spuściła spojrzenie i utkwiła je w leżącym na ziemi śniegu.
- Nie umiem zachowywać się inaczej kiedy trwa wojna, nie wiem co się dzieje z moimi braćmi i ojcem, a sama jestem zamknięta w domu jak w więzieniu zdana na łaskę lub niełaskę mojego stryjecznego dziada i jego syna.
- Przecież to twoja rodzina, Pani... - Chłopak nie mógł pojąć jej słów.
- To tak nie działa w większych rodach. Brat zabija brata żeby dojść do władzy. Wszyscy knują, a ja im nie ufam. Od zawsze zależało im na władzy.


***

Wracając do Karholdu Alys czuła się jak nowo narodzona. Opowiedzenie Cesarowi wszystkiego co jej leży na sercu bardzo jej pomogło. Czuła się niemal szczęśliwa, a już na pewno wolna i spokojna. Gdy tylko wjechali na dziedziniec podbiegła do niej jej druga służąca, Alexis, z uśmiechem na ustach i pergaminem w dłoni. Była młodsza od Brigitte, miała zaledwie dziewiętnaście lat i jej pani nie miała do niej takiego zaufania jak do jej starszej o trzy lata koleżanki.
- Panienko..! Lady Alyso! - wołała biegnąc w jej stronę. - Przed chwilą przyleciał kruk od Króla Robba. - powiedziała cicho, gdy Alysa zeskoczyła z konia.
Dziewczyna nie wiedziała czego się spodziewać. W końcu jej bracia i ojciec walczyli na wojnie, ale przecież listów zawiadamiających o zgonie bliskich nie pisał sam dowódca. Jednak cóż mogłoby być w tym liście? Alys liczyła po cichu, że Robb tak samo jak ona o nim on także o niej nie zapomniał i wciąż ją kocha  i chce się z nią zobaczyć, chce się dowiedzieć co u niej...
Pospiesznie złamała pieczęć i przeleciała wzrokiem po liście.

"Ciężko mi", "Pewnie opłakujesz swoich braci", "do niewoli Harriona", "zabił wszystkich lannisterskich zakładników", "zemścić się na Królobójcy", "najwyższa kra", "moje najszczersze kondolencje", "nie miałem wyboru".

Alys miała wrażenie, że świat wiruje, a ona nie może złapać oddechu. W głowie kołatały jej wyrywkowe zdania z listu.
- Lady Alyso... - Alexis patrzyła na nią zmartwiona. Dziewczyna widziała ją jak przez taflę wody.
- Pani... - usłyszała jak przez szybę głos Cesara poczuła jak łapie ją za ramiona, a z jej dłoni wypada napisany ładnym, pochyłym pismem list:


Droga Alyso,

Ciężko mi o tym pisać zważywszy na naszą wcześniejszą znajomość i jej charakter. Ciężko mi także ze względu na to, że teraz pewnie opłakujesz swoich braci i nie chcę ci dokładać cierpień. Pewnie jesteś zaskoczona i załamana ich śmiercią tak samo jak ja i twój ojciec, ale to co zrobił nie pozostawiało mi wyboru. Sprzeciwił się mojemu rozkazowi, zabił wszystkich lannisterskich zakładników, by zemścić się na Królobójcy za śmierć swoich synów i zmusić do oddania wziętego do niewoli Harriona. Wszystkim nam jest ciężko, jednak tłumaczyłem mu, że to nie jest rozwiązanie. W końcu ja nie zaprzestałem wojny chociaż mają moje siostry, a to ich bardzo dalecy kuzyni. Zabił więc na marne niewinne dzieci. Musiała go spotkać najwyższa kara, mimo mojej sympatii do ciebie. Mam nadzieję, że przyjmiesz moje najszczersze kondolencje i zrozumiesz, że nie miałem wyboru.


Zawsze twój

Robb Stark



Potem była już tylko ciemność.



sobota, 11 października 2014

Prolog



Był piękny dzień. Słońce było wysoko na nieboskłonie i malowniczo odbijało swoje światło od białego śniegu.
W przydrożnej gospodzie zebrało się wielu ludzi. Głównie dzieci, a były to dzieci, które nigdy nie widziały zimy, ani wojny pięciu królów. Pochodziły z pobliskich wiosek. Były dziećmi kowali, stajennych, kurew, rolników, służących, czy innych nikomu ze szlachciców nie znanych ludzi. Błagały siedzącego przy pieczeni wędrowca, by opowiedział im jakąś historię.
Na pierwszy rzut oka widać było, że mężczyzna wiele w życiu przeszedł. Siatka zmarszczek niczym pajęczyna pokrywała jego twarz, a jego łagodne, błękitne oczy spoglądały na dzieci spod siwych, krzaczastych brwi. Jego sięgające jeszcze dłuższej brody, siwe włosy opadały na czoło i wpadały do błękitnych jak ocean oczu. Co chwila musiał je odgarniać pokrytą ciemniejszymi plamami, lekko drżącą dłonią.
Dziwny to był starzec. Przypominał nieco swoim ubiorem i wyglądem żebraka, jednak nie był nim. Mężczyzna miał wystarczająco pieniędzy przy sobie żeby zapłacić gospodyni z góry za siedem noclegów i od trzech dni płacił za posiłek dla siebie i dla dzieci, które przychodziły go słuchać. Wina nie pił. Tylko wodę.
Słysząc prośby dzieci mężczyzna uśmiechnął się pod nosem z pobłażaniem, przełknął kęs mięsa który miał w ustach i zapytał:
- A o czym dziś chcecie usłyszeć opowieść?
- O tym jak jakiś odważny rycerz uratował piękną księżniczkę... - powiedziała z rozbrajającym uśmiechem drobna, ruda dziewczynka siedząca najbliżej staruszka, po czym odgryzła pokaźny kawałek bułki którą trzymała w swoich maleńkich, brudnych dłoniach.
- Wcale nie! - zawołał któryś z chłopców kowala szturchając ją w ramię.
- O pojedynkach! - zawołał jego brat.
- O przygodach!
- Walkach z potworami!
- O księżniczkach!
Staruszek zaśmiał się pod nosem.
- A co powiecie na opowieść która będzie łączyć w sobie wszystko? Będzie ona o pięknej szlachciance pochodzącej z północy, tak jak wy... Będą tam i pojedynki o honor i pojedynki o damę serca i waleczni rycerze i bogaci lordowie i zła królowa i nawet potwory, a cała historia wydarzyła się naprawdę.
Dzieci spojrzały po sobie. Zgodziły się. Usiadły wygodnie i przeżuwając bułki, które dała im do zjedzenia gospodyni na prośbę podróżnika patrzyły z wyczekiwaniem na staruszka.
Siedzący w gospodzie dorośli też przycichli trochę. Już kilka dni temu zauważyli, że historie tego dziwacznego starca są niezwykle ciekawe. Gospodyni podała ostatni talerz z parującą pieczenią i usiadła na stołku również spoglądając na starca.
- A więc nasza Mała Łania, bo tak nazywano Lady Alys Karstark... - zaczął opowieść.
- a dlaczego nazywali ją łanią? - spytała siedząca obok ruda dziewczynka patrząc na niego tymi swoimi wielkimi, zielonymi oczami. Bardzo przypominała mu pewną kobietę którą tak bardzo kochał.
- Tego nikt do końca nie wie, moja droga Ygritte...
- Ale... Ja mam na imię Lysa - powiedziała dziewczynka marszcząc brwi.
- Tak, tak... Przepraszam. Po prostu strasznie mi kogoś przypominasz. Powiedział uśmiechając się nieco. - A więc, moja droga... Lyso wersji jest kilka. Niektórzy mówią, że to z powodu jej daru. Umiała ona bowiem wchodzić w ciało zwierząt i wchodzić to co one. Inna wersja mówi, że nazywały ją tak dzieci Starków i jej starszy brat, Eddar, ponieważ wzbudziła sympatię pewnego Baratheon'a, Króla Roberta. Król był nią oczarowany głównie dlatego iż niezwykle przypominała jego niedoszłą żonę. Mnie się jednak wydaje, że była tak nazywana po prostu dlatego, że była zgrabna, zwinna, piękna i niezwykle trudno było ją złapać. Wiele lat temu wielcy lordowie, dumne damy i zacni rycerze postanowili sobie urządzić polowanie... Na nią. Polowanie na Małą Łanię.




Pieśń Lodu i Ognia: Polowanie na łanię





Witam was serdecznie!


Jeśli pozwolicie, to przejdę od razu do konkretów. Na tym blogu będzie się znajdować opowiadanie na podstawie "Pieśni Lodu i Ognia" Georga R. R. Martina. Główną bohaterką będzie inspirowana kanoniczną postacią o tym samym imieniu, Alys Karstark, jednak narracja będzie również prowadzona z perspektywy innych, bardziej i mniej znanych wam bohaterów.
Jeśli liczycie na mdławą historię miłosną to radzę tego nie czytać. Zdarzą się romantyczne momenty, ale ja nie lubię gdy opowiadanie jest słodkie, więc będzie ich jak na lekarstwo.

Jeszcze na koniec kilka ważnych faktów odnośnie mojego opowiadania:
- akcja dzieje się niedługo po rozpoczęciu wojny pięciu króli
- Robb jeszcze się nie ożenił
- zdarzenia w moim opowiadaniu mogą być rozłożone w czasie inaczej niż u Martina, jednak będą się składać w logiczną całość
- rozdziały będą długie, ale nie będą często dodawane (jeden rozdział w 2-3 tygodnie)
- na pewno będę dodawać swoje postaci i zmieniać biegi zdarzeń
- postać głównej bohaterki może się różnić nieco od kanonu

Jeśli was nie zraziłam do tej pory to zapraszam do czytania.



Lady Zabini